Apoloniusz Rajwa – zakochany w Tatrach

RAJWA-0W jaki sposób planują Państwo spędzić najbliższe urodziny? Większość pewnie spotka się z rodziną, niektórzy wybiorą się może do kina, teatru, nieliczni – na wycieczkę. Zakopiańczyk Apoloniusz Rajwa 80. urodziny uczcił, wspinając się na Mnicha – legendarny, samotny szczyt w Tatrach Wysokich, wznoszący się na 2068 m n.p.m. i dostępny tylko dla taterników. – Moja pierwsza wspinaczka górska to był właśnie Mnich: fascynujący, wyniosły, wyjątkowy. Postanowiłem, że jeśli przyjdzie mi się pożegnać z taternictwem, zrobię to na Mnichu. I gdy dobiegałem osiemdziesiątki, uznałem, że ten czas właśnie nadszedł – opowiada pan Apoloniusz. Między obiema wspinaczkami upłynęły 62 lata.

Po śladach Szymanowskiego i Karłowicza

– Skąd się wzięła Pana fascynacja Tatrami? Nie urodził się Pan przecież na Podhalu – pytamy.

– Na Podhalu nie, ale całkiem blisko gór, bo na Śląsku Cieszyńskim. Jako dziecko widziałem z okna Czantorię – podkreśla Apoloniusz Rajwa, taternik, speleolog, przewodnik tatrzański i ratownik TOPR.

Do Zakopanego trafił w roku 1947 jako 13-latek. Przyjechał z tatą, który dostał tu pracę w domu wczasowym i zabrał ze sobą najstarszego syna z szóstki rodzeństwa. Od razu trafili w niesamowite miejsce. – Dowiedziałem się, że w domu przy ulicy Ogrodowej, w którym zamieszkaliśmy, zatrzymywał się często Karol Szymanowski – opowiada taternik. – Swego czasu było to bodaj jedyne miejsce w Zakopanem, gdzie stał fortepian. Mówią, że to tam Szymanowski zaczął komponować swoją operę góralską „Harnasie”. Potem w tym samym domu zamieszkał Mieczysław Karłowicz, o którym wszyscy wiedzą, że był znakomitym kompozytorem, ale niewielu pamięta, że zanim zginął tragicznie pod Małym Kościelcem, propagował taternictwo, robił fenomenalne zdjęcia gór i był jednym z pierwszych polskich narciarzy.

Jak można było nie zakochać się w Tatrach, stąpając po ich śladach? Młody Apoloniusz wrócił do reszty rodziny tylko na kilkanaście miesięcy. Zaczął naukę w liceum w Cieszynie, ale kończył je już w Zakopanem. Maturę zdawał w znanej zakopiańskiej szkole Oswalda Balzera. Okazało się, że bystry młodzieniec o wielu zainteresowaniach ma kłopot z wyborem kierunku studiów. – Podobało mi się tyle rzeczy, że w końcu wypisałem na kartkach 20 kierunków, które mnie najbardziej pociągały, i oznajmiłem: „Niech decyduje ślepy los” – opowiada przyszły meteorolog z Kasprowego Wierchu. – Wyciągnąłem karteczkę z napisem „geografia” i tak trafiłem na Uniwersytet Jagielloński.

Na dnie świata i na szczytach Pamiro-Ałaju

Świeżo upieczony student miał za sobą spore górskie doświadczenie. Zaczął wędrować po Tatrach jeszcze w podstawówce, w liceum wchodził na Giewont granią, a po maturze kolega zaproponował mu wspinaczkę na Mnicha. Pierwsza wyprawa z asekuracją linową okazała się przeżyciem tak fantastycznym, że Apoloniusz nie miał wątpliwości, że będzie je powtarzał.

Okazało się jednak, że największe sukcesy czekały na Apoloniusza Rajwę we wspinaczce jaskiniowej. Jako speleolog i taternik jaskiniowy uczestniczył w wyprawach odkrywczych do trudno dostępnych jaskiń w Tatrach, np. Wielkiej Śnieżnej, Ptasiej Studni, Wielkiej Litworowej, Lodowej Mułowej.

W roku 1966 jako jedyny zakopiańczyk wziął udział w polskiej wyprawie do Gouffre Berger we Francji, najgłębszej znanej wówczas jaskini świata (1122 m). – Wyrównaliśmy wówczas rekord świata i byliśmy trzecią w historii ekipą, która zeszła na taką głębokość – opowiada grotołaz. – Od razu postanowiliśmy zrównoważyć czymś tę głębokość i po tygodniu pojechaliśmy do Chamonix, aby wspiąć się na najwyższy szczyt Europy – Mont Blanc (4810 m n.p.m.). Można powiedzieć, że w ciągu kilkunastu dni zaliczyliśmy dno świata i dach Europy.

Kolejne sukcesy w eksploracji jaskiń pan Apoloniusz dopisywał na swoje konto w latach 70. i 80. Zdobywał kolejne tatrzańskie i alpejskie jaskinie o głębokościach do 1000 m. Został m.in. członkiem Komisji Taternictwa Jaskiniowego Polskiego Związku Alpinistycznego. Schodzenie pod powierzchnię ziemi nadal lubił równoważyć zdobywaniem kolejnych szczytów.

– Wyprawą swojego życia bez wątpienia mogę nazwać wyjazd z polską ekipą w Pamiro-Ałaj na pograniczu Kirgizji i Chin – wspomina pan Apoloniusz, który kierował ekspedycją. – Byliśmy tam również w dwóch jaskiniach, ale przede wszystkim zdobyliśmy cztery niezdobyte dotąd pięciotysięczniki. Nadawaliśmy im piękne nazwy: Śnieżny, Chmurny… Z tego, co wiem, po naszej wyprawie nie dotarł tam jeszcze nikt z Polaków. Obudzili się za to Rosjanie, którzy nie mogli przecież znieść tego, że Polacy zdobyli coś przed nimi. Twierdzili, że byli tam wcześniej, tylko jakimś przypadkiem nikt o tym nie słyszał. Jak mogliśmy się wtedy z Rosjanami kłócić? To był rok 1972. Zostawiliśmy sprawę, bo przecież to, co przeżyliśmy, było najważniejsze.

Najwyższe stanowisko w kraju

Wyprawy wysokogórskie nie były oczywiście chlebem codziennym dla pana Apoloniusza, ale nawet codzienność była w jego przypadku niezwykle interesująca. Przez 12 lat (1958–1969) pracował w obserwatorium meteorologicznym na Kasprowym Wierchu (1987 m n.p.m.). Przez całą dobę co godzinę prowadził obserwacje meteorologiczne i przez radiotelefon przekazywał komunikaty do Biura Prognoz w Krakowie. Stamtąd dane wędrowały do Warszawy, a w obu miejscach służyły do opracowywania prognoz pogody dla rejonu Tatr i całej Polski.

– Poza normalną pracą prowadziłem badania gęstości czy radioaktywności śniegu, zanikania pokrywy śnieżnej. Z kolegą Mieczysławem Kłapą badaliśmy letnie płaty śniegu – dodaje Apoloniusz Rajwa. – W tym samym czasie pracowałem też dla Polskiej Akademii Nauk, zrobiłem m.in. mapy hydrograficzne Doliny Rybiego Potoku, Doliny Roztoki i Doliny Pięciu Stawów Polskich. Przydała się wówczas sprawność fizyczna i umiejętności taternickie, bo musiałem się wspinać do każdego źródełka. Opisałem ich 400, można powiedzieć, że znam w tych okolicach każdą kroplę wody.

Kolejną piękną kartą w życiu pana Apoloniusza jest ratownictwo górskie. Ratownicy TOPR darzeni są nie tylko na Podhalu szczególnym szacunkiem i podziwem, a ich odznaka – niebieski krzyż – jest przedmiotem marzeń wielu osób. Młodzi ludzie wędrują w góry bez względu na porę dnia czy nocy, by ratować ludzkie życie, często składając w ofierze własne. Pan Apoloniusz, z racji swojego doświadczenia w speleologii, specjalizował się w ratownictwie jaskiniowym.

– Mam na koncie kilkanaście trudnych wypraw: do jaskiń, pod ziemię i poszukiwań lawinowych. Wiele razy udało mi się uratować komuś życie i zdrowie, ale najbardziej wryła mi się w pamięć ta akcja, która zakończyła się porażką – mówi. – Mieliśmy ratować grotołaza Witka Szywałę. Próbował z kolegami dokonać przejścia całej Jaskini Wielkiej Śnieżnej, najgłębszej i najdłuższej w Tatrach (wówczas miała 772 m głębokości). Zeszli do syfonu i w czasie podchodzenia do góry Witek zasłabł w stumetrowej studni. Nie był w stanie podciągać się do góry i zawisł na linach. Najsprawniejszy z kolegów wyszedł sam z jaskini, dał znać pogotowiu i natychmiast ruszyliśmy na akcję ratunkową.

Trzeba w tym miejscu powiedzieć, że dolnym fragmentem Jaskini Wielkiej Śnieżnej płynie podziemna rzeka, tworząca liczne wodospady i syfony, które zamykają wiele korytarzy.

– Dotarliśmy nad studnię, w której wisiał, prawdopodobnie już nieżywy, w kaskadzie wody – Apoloniusz Rajwa wciąż ma przed oczami obraz kolegi. – Próby wyciągnięcia go na linie nie dawały rezultatu, pętle się zrywały. Asekurowaliśmy pozostałą dwójkę grotołazów, a z prób wydobycia ze studni Witka musieliśmy zrezygnować. Wróciliśmy po kilkunastu dniach, gdy wody opadły. I choć przeżyłem wiele akcji zakończonych sukcesem, np. nocną wyprawę ratunkową na Zawrat, dziś nie pamiętam dokładnie ich szczegółów. Za to tamten feralny dzień w Wielkiej Śnieżnej ciągle potrafi przyśnić mi się w koszmarach.

W trzech pokoleniach na Rysy

RAJWA-1Grotołaz, taternik i ratownik ożenił się oczywiście na Podhalu, jednak niezupełnie z góralką. – Danusia mieszkała w Nowym Targu, ale urodziła się we Lwowie – opowiada Rajwa. – Trafiła tu w ramach ruchów przesiedleńczych, więc podobnie jak ja była właściwie przybyszem. Dochowaliśmy się dwójki dzieci: syna Piotra i córki Moniki. Mają już własne potomstwo, tak że jestem pradziadkiem. Staram się im zaszczepić bakcyla górskiego, na ogół z powodzeniem.

Piotr Rajwa tak jak ojciec jest przewodnikiem tatrzańskim i ratownikiem. Dziś ma 55 lat i mieszka z rodziną w Irlandii. To właśnie z nim i z wnukiem Bartkiem pan Apoloniusz postanowił dzielić radość zdobycia najwyższego szczytu w polskich Tatrach. Przed kilku laty dokonali rodzinnego wejścia na Rysy (2499 m n.p.m.) w trzech pokoleniach. Razem mieli 130 lat.

Senior-taternik zapewnia, że siłę do takich wyczynów bierze z codziennego aktywnego życia. – Nie uprawiam konkretnych sportów, ale codziennie staram się przejść ok. 10 km – mówi. – Notuję sobie dzienne dystansy od kilku lat i wychodzi mi, że w ciągu roku poprzedniego przeszedłem ok. 3250 km, w 2013 r . – 3350, a jeszcze rok wcześniej – 3370 – opowiada Apoloniusz Rajwa. – Nie mówię tu o górskich trasach, tylko codziennych spacerach dla poprawy kondycji. Połowę tego dystansu robię zwykle z pieskiem. Wszystkim, którym ciężko się zebrać do aktywności fizycznej, polecam taki szczekający motywator. Ale równie ważna jest w moim przekonaniu sprawność umysłowa, i tę ćwiczę, redagując strony górskie w „Tygodniku Podhalańskim” już od blisko 25 lat.

Pożegnanie z Mnichem

– Jedną z najważniejszych cech człowieka gór powinna być umiejętność dostosowania swoich zamiarów do kondycji i warunków zewnętrznych – mówi Apoloniusz Rajwa. – Kiedy skończyłem 70 lat, wiedziałem, że trzeba się powoli żegnać ze wspinaczką: tą jaskiniową i tą wysokogórską. Chciałem to jednak zrobić w szczególny sposób. Miałem wiele pomysłów, zacząłem od pożegnania z jaskiniami. Parę lat temu było 60-lecie Speleoklubu Tatrzańskiego i koledzy namówili mnie z tej okazji na wyprawę do Jaskini Kasprowej Niżniej.

Pan Apoloniusz miał wtedy 75 lat. Wąski korytarz, konieczność czołgania się – to tylko dodawało smaku jaskiniowej wyprawie, która zresztą wcale nie okazała się ostatnia. Rok później grotołaz wybrał się z kolegami na Słowację, do Jaskini Strateńskiej. Tam również trzeba było się czołgać po wodzie, po błocie, wchodzić po drabinie – i wszystko to robił człowiek zbliżający się do osiemdziesiątki.

– Z jaskiniami jako tako się pożegnałem, trzeba było postawić jakiś znaczący krok także w dziedzinie wspinaczki wysokogórskiej. I wtedy pojawił się Andrzej Mikler, mój przyjaciel, jeden z najlepszych w Polsce przewodników wysokogórskich. Wiedział, co mi w duszy gra, i zaproponował, że będzie mnie asekurował na Mnicha. Wzięliśmy jeszcze Bartka Korzeniowskiego, który filmował całe wejście, i koleżankę z redakcji „Tygodnika Podhalańskiego”, Zosię Szwajnos. Ekipa była zmontowana.

Wyruszyli z Morskiego Oka, podobnie jak przed 62 laty. – Jednak wcale nie powiem, że wszystko było jak dawniej – zastrzega taternik. – Zmienił się sprzęt, człowiek jest teraz lepiej przygotowany. Natomiast wzruszenie i uczcie pokory wobec majestatu gór zostaje we mnie zawsze takie samo.

Na szczycie Andrzej Mikler zrobił solenizantowi nie lada niespodziankę – wyciągnął z plecaka tort ze świeczkami i liczbą 80. Ale górski wiatr nie pozwolił ich zapalić. – Musieliśmy zjechać na linach na dół i zjedliśmy tort trochę niżej, na tzw. Ministrancie. Po niespełna siedmiu godzinach siedzieliśmy z powrotem w schronisku nad Morskim Okiem. To były niezapomniane urodziny – mówi Apoloniusz Rajwa. I trudno mu nie uwierzyć.