Wolontariat seniorów, czyli sprawdź, co słychać u sąsiada

a 001Osiedle Stalowe w Krakowie to tzw. stara Nowa Huta. Wybudowane w latach 50. ubiegłego wieku w niczym nie przypomina późniejszych blokowisk z wielkiej płyty ani gęstej zabudowy początku naszego stulecia. Domy są tu niewysokie i przywodzą na myśl raczej kamienice niż bloki, za to osiedlowe uliczki – szerokie i pełne zieleni. Przez pół wieku drzewa zdążyły wyrosnąć, a róże bujnie się rozkrzewić. Ale pół wieku dało się też we znaki mieszkańcom. Wielu z nich jest w podeszłym wieku, wielu straciło już współmałżonków, w licznych przypadkach dzieci albo wnuki wyprowadziły się na swoje. Socjologowie mówią w takich przypadkach o starzeniu się dzielnicy. A największym problemem starych dzielnic jest osamotnienie.

– To nie tylko fizyczna samotność, ale poczucie braku kontaktu psychicznego z innymi ludźmi, nawet jeśli fizycznie są lub bywają oni w pobliżu – tłumaczy ks. prof. Norbert G. Pikuła, dyrektor mieszczącego się na osiedlu Stalowym Instytutu Pracy Socjalnej (IPSoc) Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. – Jak pokazują badania, to właśnie osamotnienie jest czynnikiem, który najmocniej wpływa na utratę poczucia sensu życia u osób starszych. Dlatego tak ogromne znaczenie ma wolontariat osób starszych, prowadzony w naszej okolicy przez kilka wspaniałych pań z Klubu Aktywnych Kobiet, m.in. panie Wiesławę Zboroch i Krystynę Kowalską.

Wrażliwość na drugiego człowieka

O seniorkach z Nowej Huty zrobiło się głośno na początku tego roku, gdy telewizyjne „Pytanie na Śniadanie” wyemitowało materiał o ich działalności, skomentowany z widocznym wzruszeniem przez prowadzącą audycję Jolantę Kwaśniewską, prezes fundacji Porozumienie Bez Barier. – Ale nam wcale nie chodzi o to, żeby było głośno – mówi Wiesława Zboroch. – Wręcz przeciwnie, po tym programie słyszałyśmy głosy, że chwalimy się swoją działalnością. A chcemy tylko wykorzystać takie okazje jak zaproszenie do telewizji czy waszej gazety, żeby propagować to, co jest takie ważne: bycie z drugim człowiekiem. Zwykłą pomoc sąsiedzką.

Zwrócenie uwagi na samotnych sąsiadów to istota wolontariatu senioralnego, zjawiska, którego skutków pozytywnych dla obu stron nie mogą się nachwalić socjologowie. – My robiłyśmy to od dawna, tylko po prostu nigdy nie padało słowo „wolontariat” – mówi pani Wiesława. – Dopiero po nawiązaniu współpracy z IPSoc nasza działalność trochę bardziej się sformalizowała, choć nadal nie tworzymy jakiejś zamkniętej organizacji. Najważniejsze w tym, co robimy, jest po prostu pójść do drugiego człowieka, trochę starszego od siebie, i porozmawiać z nim.

Instytut Pracy Socjalnej przy krakowskim UP istnieje od trzech lat. – Utworzenie takiej jednostki na uczelni wynikało z zapotrzebowania: kształcimy fachową i wrażliwą społecznie kadrę, głównie dla ośrodków pomocy społecznej – mówi dyrektor IPSoc ks. prof. Norbert G. Pikuła. – Mamy m.in. specjalność praca z osobą starszą i niepełnosprawną. Wydawałoby się, że to bardzo trudny obszar życia zawodowego. A jednak tę specjalność wybiera jedna trzecia naszych studentów, choć mają jeszcze trzy inne możliwości, m.in. pracę z dziećmi czy koordynację pomocy postpenitencjarnej.

Aby kształcenie studentów nie sprowadzało się tylko do suchej teorii, ale pozwalało też wcielać w życie idee przekazywane młodym ludziom, IPSOC nawiązuje kontakty z różnymi lokalnymi inicjatywami społecznymi i zaprasza do współpracy osoby aktywne na różnych polach. Tak było również w przypadku grupy aktywnych seniorów.

a 002

– Czasem przychodzimy na spotkania na uczelnię, ale studentki przychodzą też do nas, uczestniczą w rozmaitych akcjach, same pomagają jako wolontariuszki – opowiada pani Krystyna. – To są bardzo korzystne dla obu stron spotkania. My dostajemy pewną wiedzę teoretyczną, niektóre nasze obserwacje potwierdzają się naukowo albo ktoś kompetentny mówi nam, jak się zachować w danej sytuacji. Z kolei studenci uczą się przez przykład, sprawdzają się w działaniu społecznym, mogą rozwijać swoje pomysły albo przeciwnie – odpowiednio wcześnie stwierdzić, że to ich nie pociąga, i zyskać czas na poszukanie innego sposobu na życie.

Najważniejsze to znaleźć czas na rozmowę

Wolontariuszki senioralne – oprócz Wiesławy Zboroch i Krystyny Kowalskiej – to m.in. Barbara Brzozowska, Zofia Cecuga, Ludwika Finda, Elżbieta Kozub, Elżbieta Nowak, Bronisława Obrzut i Maria Stachnik. Mają pod opieką po kilka osób.

– Często są to bliżsi lub dalsi sąsiedzi, bo ludziom znacznie łatwiej rozpocząć rozmowę z kimś znanym choćby tylko z widzenia niż z osobą zupełnie obcą – tłumaczy Krystyna Kowalska. – Wybieramy tych, o których wiemy, że są lub czują się samotni. Nie muszą to być wcale ludzie, którzy w ogóle nie mają rodziny. Spotkania w IPSoc potwierdziły nasze wcześniejsze obserwacje, że dojmującego osamotnienia mogą doświadczać osoby żyjące pod jednym dachem z dorosłymi dziećmi. Rodziny życzą swoim dziadkom i babciom jak najlepiej i zapewniają im bardzo dobre warunki bytowe, ale nie mają czasu przebywać z nimi dłużej, bo młodzi są zwyczajnie zagonieni albo ich nie rozumieją. Tymczasem osoba w podobnym wieku, lub nieco tylko młodsza – jak my, ma podobne doświadczenia, wspomnienia i łatwiej jest nawiązać jej kontakt z takim człowiekiem.

– Nie pracujemy już zawodowo, więc mamy czas, którego trochę można poświęcić drugiemu człowiekowi – dodaje Wiesława Zboroch. – Wystarczy przyjść, usiąść i poczekać chwilę, aż rozmowa wyjdzie poza zdawkowe pytania „Jak się czujesz?”, „Nie najgorzej”, „To w porządku, do jutra”.

Ks. prof. Norbert G. Pikuła potwierdza: – Szybkość życia w naszych czasach powoduje, że coraz trudniej zachować dobry kontakt między pokoleniami. Ludzie młodsi nastawieni są na przyszłość, żyją do przodu, ważniejsze jest dla nich to, co dopiero ma się wydarzyć, niż to, co już było. Osoby starsze – odwrotnie: żyją przeszłością, chcą ją zatrzymać, opowiadając o niej, i nie interesuje ich tak bardzo to, co ma być w nieokreślonej przyszłości. Trzeba sporego wysiłku z obu stron, aby spotkać się w pół drogi. Nic zatem dziwnego, że najlepiej czujemy się w grupach rówieśniczych, stąd też to poczucie „dzieci mnie nie rozumieją”, tak częste u starszych ludzi.

– Musimy być bardzo delikatne, żeby nie urazić tych dorosłych dzieci – mówi pani Wiesława. – Rozumiemy, że dziwią się na początku: dlaczego mamę lub tatę ma odwiedzać jakaś sąsiadka, przecież ja jestem codziennie, o wszystko dbam. Ale kiedy zastanowią się głębiej, to bardzo się cieszą, że ktoś do mamy przyjdzie, porozmawia jak kumpela, że mama nie była przez cały dzień sama, że ma lepszy humor, kiedy do niej przychodzą dzieci.

Seniorki-wolontariuszki pomagają też osobom, z którymi się spotykają, w drobnych sprawach: przyniosą zakupy, powieszą pranie, zaleją herbatę, odkurzą, zgrabią liście w ogródku. Ale podkreślają, że dla ich podopiecznych najważniejszy jest po prostu kontakt z drugą, nastawioną na słuchanie osobą.

– Ludziom, którzy ze względu na chorobę mają trudność z wyjściem z domu, pomagamy nadal uczestniczyć w życiu okolicy, którą znają i której sprawy przez lata ich interesowały – mówi Wiesława Zboroch. – Opowiadamy o tym, co się dzieje w klubie Karino, jak było na wystawie gołębi, na Dniu Dziecka, jak zorganizowałyśmy Święto Truskawki i jakie fantastyczne ciasta ludzie na nie poprzynosili. Mówimy, nad czym pracujemy, a po odbytych imprezach zdajemy relację, czy się udało.

– Jeśli do kogoś idę, to traktuję tę osobę jak koleżankę – podkreśla pani Krystyna. – Zdarza się też, że jak któraś z pań jest ode mnie trochę starsza, to odnosi się do mnie jak do córki. Ale zawsze to są kontakty na zasadzie przyjacielsko-rodzinnej, nie jak w pomocy społecznej. Ona mi opowiada, co ciekawego słyszała w telewizji albo w radiu, a ja jej, że byłam na dożynkach dzielnicowych i jaki kto zrobił wieniec.

Aktywni od zawsze

A opowiadać jest o czym, bo aktywne seniorki to społeczne dusze i od wielu lat uczestniczą w życiu swojej okolicy.

– Znamy się praktycznie od urodzenia! – śmieje się pani Wiesława. – Spotykamy się m.in. w klubie Karino Ośrodka Kultury Kraków-Nowa Huta. Zawsze coś się tam działo: to Dzień Chałupek, to Dzień Branic, Pleszowa (wsie, na których terenie powstała Nowa Huta).

– W pewnym momencie – włącza się pani Krystyna – postanowiliśmy zrobić wystawę „Nasze hobby”, angażując w to właśnie m.in. zaprzyjaźnionych seniorów działających w okolicznych klubach Herkules, Jedność czy Pod Kasztanami. Nie miałyśmy pojęcia, że to się tak wspaniale uda. Okazało się, że ludzie mają przeróżne hobby: jeden zbiera stare kapelusze, drugi karty pocztowe, apaszki, dewocjonalia, obrazki i różańce albo kufle do piwa; ktoś szydełkuje, haftuje. I każdy, ludzie starsi i młodsi jednakowo, chce się tą pasją podzielić.

Bo kolejnym zadaniem, jakie postawiły sobie aktywne seniorki, jest integracja pokoleń.

DSC05878

– Dlatego czasami się wygłupiamy, na Trzech Króli przebieramy się za kolędników i wraz z młodszymi chodzimy od domu do domu, przekazując nasze dawne tradycje. Na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy pieczemy pączki z ziemniakami – mówi pani Krystyna. – Chcemy, żeby imprezy, które współorganizujemy, przyciągały ludzi w różnym wieku. I to się udaje. Na przykład wystawa gołębi – okazało się, że w Nowej Hucie jest mnóstwo hodowców gołębi, przychodziły całe rodziny: babcia z dziadkiem, dziadek z wnuczką, mama z synkiem. Publiczność wybierała najpiękniejszego gołębia, zwycięzca otrzymał nagrodę, ludzie poznawali się bliżej.

Obie panie angażują w swoje przedsięwzięcia całe rodziny. – Bo mamy przecież swoje babciowe obowiązki – podkreślają. – Ale jak wnuk idzie do szkoły, to jest czas, zanim nastawimy obiad, zajrzeć do sąsiadki i podać jej herbatę. A po południu dzieci same pytają: „Babciu, idziesz dziś na śpiew czy na nordic walking?”.